Za nami bardzo trudne spotkanie, mecz, który toczony był w dużej mierze w oparciu o twardą i agresywną grę, przeplataną kolejnymi błędami. O końcowym wyniku przesądziła niesamowita wojna nerwów rozegrana w ramach doliczonego czasu gry. Tym razem szczęście nie było po naszej stronie.    

Nasz trener Krzysztof Szablowski został bardzo gorąco przyjęty przez kibiców zgormadzonych w warszawskiej hali Koło, ale wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego należało zapomnieć już o wzajemnych uprzejmościach. Obie ekipy miały ochotę na poprawienie swojego bilansu i od początku mocno ruszyły do ataku. Pierwsze minuty upłynęły na wzajemnej wymianie ciosów, a w naszej drużynie kluczową rolę odgrywał Luther Muhammad, który zdobył dla nas pierwsze 8 pkt. Dobrą energię do naszego zespołu wniósł wchodzący z ławki Ron Curry, który nie tylko potrafił uruchomić w ataku swoich kolegów, ale również dobrze bronił rywali. Dobry impuls dał również nasz kapitan Marcin Piechowicz, który dwukrotnie trafiał zza linii 6,75 m. Już w I kwarcie swoją obecność w Warszawie mocno zaznaczyli nasi niezawodni kibice, którzy w bardzo licznej grupie przyjechali na ten mecz. Ich głośny doping z pewnością mocno wspierał naszych graczy, którzy po dziesięciu minutach walki przegrywali 21:23.  

W drugiej odsłonie meczu zawodnicy gospodarzy zwiększyli znacząco poziom agresywności w obronie, czym ewidentnie chcieli utrudnić nam zdobywanie punktów. Niemniej jednak staraliśmy się efektywnie wykorzystywać pojawiające się rzuty wolne (do przerwy trafiliśmy 11 z 14 prób). Szczególnie we znaki warszawiakom wdał się Marc Garcia, który odważnie penetrował strefę podkoszową i chętnie wchodził w kontakt z rywalem. Wraz z upływającym czasem wynik konsekwentnie oscylował wokół remisu, a na boisku robiło się co raz bardziej nerwowo po obu stronach parkietu. Ozdobą tej części gry była bez wątpienia akcja alley-oop duetu Luther Muhammad & Adrian Bogucki, wykończona mocnym wsadem przez tego drugiego. W ostatnim fragmencie II kwarty gospodarze zdołali wysforować się na kilkupunktową przewagę, dzięki czemu na przerwę schodzili z wynikiem 42:35.     

Z szatni na parkiet nasi zawodnicy powrócili naładowani energią i ruszyli do natarcia. Niestety akcje ofensywne realizowali ze zmiennym szczęściem i gospodarze utrzymywali swoje prowadzenie. Niepokojące stały się nasze straty w postaci fauli w ataku, które mocno wybijały nas z właściwego rytmu. Podopieczni trenera Marco Legovicha również mieli swoje problemy w ofensywie, wobec czego kibice zgromadzeni w hali Koło nie mogli podziwiać zbyt wielu skutecznych i efektownych akcji w tym fragmencie rywalizacji. Sygnał do natarcia dał w końcu Marc Garcia, który w przeciągu zaledwie 30 sek. dwukrotnie trafił zza linii 6,75 m. Choć z prawdziwym mozołem próbowaliśmy odwrócić wynik tego spotkania to niestety nasze starania na nic się zdały i w końcówce III kwarty Dziki wrzuciły drugi bieg utrzymując swoje prowadzenie – 62:58. 

IV kwartę dobrze rozpoczęli gospodarze, którzy zanotowali pięciopunktową serię, którą przerwał dopiero rzutem z wyskoku Ron Curry.  Po chwili dołożył celną trójkę, czym dał nam jeszcze nadzieje na odwrócenie losów gry. W kolejnych akcjach skuteczny był Adrian Bogucki i Marc Garcia, a nam brakowało już tylko trzech punktów do odrobienia strat – 68:71. Podrażnione Dziki z animuszem ruszyły do ataku, lecz ich agresywna postawa zakończyła się faulem w ataku i w odpowiedzi znakomicie dysponowany Marc Garcia wykonał akcję 2+1, czym doprowadził do remisu 71:71! Od tej chwili powróciliśmy do wymiany ciosów z obu stron, ale w “crunchtime” dzięki skutecznym akcjom podkoszowym w wykonaniu EJ Montgomery’ego, wchodziliśmy już z pięciopunktowym prowadzeniem. W końcówce byliśmy świadkami prawdziwej wojny nerwów i serii rzutów wolnych po obu stronach parkietu. Ostatecznie po 40 minutach gry tablica wyników pokazała remis 85:85! 

Dogrywkę rozpoczął celnym rzutem z odchylenia Ron Curry i przez niemal dwie minuty były to jedyne punkty w dogrywce. Kolejne punkty również padły naszym łupem, gdy z półdystansu trafił Dale Bonner. Naszą mini serię celną trójką przerwał Bennett Vander Plas, a następnie byliśmy świadkami kolejnej wymiany punktowej. Ostatecznie wojnę nerwów wygrali gospodarze – 96:93. 

Dziki Warszawa – MKS Dąbrowa Górnicza 96:93 (23:21; 19:14; 20:23; 23:27 d11:8) 

MKS Dąbrowa Górnicza: Marc Garcia – 30 pkt., Ronald Curry Jr – 18 pkt., Luther Muhammad – 15 pkt., Dale Bonner – 12 pkt., Adrian Bogucki – 8 pkt., Marcin Piechowicz – 6 pkt., Efrem Montgomery Jr – 4  pkt. (14 zbiórek), Martin Peterka – 0 pkt., Aleksander Załucki – 0 pkt. 

Dziki Warszawa: Landrius Horton – 28 pkt., Tahlik Chavez – 19 pkt., Łukasz Frąckiewicz – 15 pkt. (10 zbiórek), Bennett Vander Plas – 10 pkt., Grzegorz Kamiński – 10 pkt., Odinakachim Oguama – 10 pkt., Dontay Caruthers – 2 pkt. (11 asyst), Rivaldo Soares – 2 pkt., Grzegorz Grochowski – 0 pkt., Michał Aleksandrowicz – 0 pkt.